Panie Wojciechu, zacznijmy od bilansu. Po latach batalii sądowych, pism i interwencji w Brukseli – czy uważa Pan, że wygrał z Jugendamtem, czy jednak system Pana zmielił?
Uważam, że w walce z Jugendamtem i ogromnym zaangażowaniu, zarówno emocjonalnym, jak i finansowym, w batalii nie tylko o moje porwane i zgermanizowane córki, ale również o wiele polskich (i nie tylko polskich) dzieci, mój wysiłek nie poszedł na marne. Ukazanie światu ogromnego bezprawia związanego z procederem odbierania rodzinom dzieci i ich przymusowej germanizacji, jakiego dopuszczał się Jugendamt, było bardzo potrzebne. Po moich licznych procesach, interwencjach w Brukseli i skargach składanych w Parlamencie Europejskim, dotyczących tego tematu, zostałem przeproszony przez przedstawicielkę rządu Niemiec, p. Gilę S., w dniu 07.06.2007 r. za „bezprawie, jakiego dopuścił się wobec mnie niemiecki Jugendamt”, ale również doczekałem tej chwili, że tego typu praktyki zostały oficjalnie zakazane.
Jest to ogromny sukces, szkoda tylko, że okupiony cierpieniem, łzami i krzywdą nie tylko mojej rodziny, ale również wielu innych rodzin, którym na przestrzeni lat pomagałem. Uważam, że gdybym nie podjął tego ogromnego wysiłku i nie nagłośnił naszej krzywdy i ogromnego bezprawia, które czyni utworzony w tej formie jeszcze przez Hitlera w 1939 r. w celu germanizacji dzieci z krajów okupowanych niemiecki i austriacki Jugendamt, to nic by się w tym temacie nie wydarzyło ani nie zmieniło. Uważam, że było warto podjąć ten gigantyczny trud i wysiłek dla wielu polskich i nie tylko polskich dzieci, aby straszny ból, który odczuwają rodzice, którym Jugendamt bezprawnie odbiera, zakazuje kontaktu i germanizuje dzieci, aby ten ból nigdy więcej nie rozrywał serca żadnego kochającego swe dziecko rodzica.
W tym sensie jest to oczywista wygrana, gdyż musiałem nawet mediom jako pierwszy przetłumaczyć to słowo „Jugendamt” – co ono oznacza („urząd zarządzania dziećmi i młodzieżą” lub „urząd ds. dzieci i młodzieży”). Batalia, jaką z nimi prowadziłem, trwała wiele lat i informowały o wszystkim media wielu krajów, od Australii, przez Rosję, kraje Europy, po Amerykę. Wszystkich szokowało to, że do dzisiaj jest możliwe zakazywanie rodzicowi i jego dzieciom mówienia w języku, w którym ze sobą zawsze rozmawiali. A że to akurat zrobili Niemcy, którzy po popełnianych przez nich niezmierzonych barbarzyństwach podczas II Wojny Światowej nadal nie nauczyli się z tego nic, to był dla wszystkich szok, który ujawnił światu i Polakom, gdzie mentalnie Niemcy i Austriacy wciąż tkwią.
Przecież oba pisemne zakazy języka polskiego moim dzieciom i mnie wydał nie jakiś powiedzmy zaściankowy Jugendamt, lecz Jugendamt z wielkich i „światowych” miast: z Hamburga i ze stolicy Austrii – z Wiednia. Ich nieludzkie i anormalne zachowanie potwierdziło to, co i tak wiedzieliśmy o Niemcach, a mianowicie wykazało pełną ignorancję, butę, prostactwo, zakompleksienie, dyskryminację na najwyższych szczeblach, obłudę i zwykły brak klasy Niemców w obu tych niemieckich krajach. I tu wygraliśmy – normalność, klasa wygrała z chamstwem i prymitywem Niemców i Austriaków.
Oczywiście ja jako ojciec zostałem przez niemieckie chore instytucje „zmielony” i nie dawali ani mnie, ani polskiej babci i dziadkowi zobaczyć moich porwanych 9 lipca 2003 roku córeczek. Nie jestem i nigdy nie byłem z kamienia. Jestem zwykłym człowiekiem z wrażliwym sercem, szczególnie na zło i cierpienie własnych dzieci, których musiałem bronić. Mam też godność i moje dzieci ją mają, choć były za małe, by cokolwiek w tych chorych postnazistowskich gierkach Niemców się połapać. Ja jednak musiałem o uczucia i godność i córek, i mnie jako ich ojca i jako Polaka walczyć. Obojętnie, jaka by była cena tej walki. Z pogardą do ludzi i do ich uczuć trzeba walczyć. A to, co Niemcy wyprawiali, przechodziło ludzkie wyobrażenie.
Jest Pan z wykształcenia germanistą. Zna Pan ten język i kulturę perfekcyjnie. Często słyszymy, że Polacy mają kłopoty, bo „nie chcą się integrować”. Pan był zintegrowany, a mimo to Pana zniszczono. Czy Pana znajomość niemieckiego została wykorzystana przeciwko Panu?
Wybrałem germanistykę jako drugi kierunek studiów (oprócz politologii), gdyż chciałem perfekcyjnie poznać język kraju, w którym przyszło mi żyć, oraz język mojej byłej żony, która była Niemką. To zresztą bardzo przydało mi się w późniejszych bardzo skomplikowanych i licznych bataliach sądowych oraz zawiłych pismach, które musiałem samemu i razem z moimi adwokatami kierować do niemieckich, austriackich i europejskich sądów. Bez tego byłoby mi na pewno o wiele trudniej. Natomiast fakt, że studiowałem germanistykę i przez to poznałem język oraz kulturę niemiecką w różnych aspektach (nie tylko w kontekście gramatycznym, ale również historycznym, politycznym czy kulturowym – niemiecka literatura, sztuka, pisarze itd.) zapewne poznałem lepiej niż niejeden urodzony w swoim kraju Niemiec. Absolutnie nie zmienia to faktu, że w sercu jestem i czuję się Polakiem i w takiej kulturze – w mojej polskiej kulturze – chciałem równolegle z żoną wychowywać nasze dzieci, czemu od początku sprzeciwiała się niemiecka rodzina mojej żony, stale buntując ją przeciwko mnie jako Polakowi, mojej polskiej rodzinie i polskiej kulturze.
Zarzewiem konfliktu był zdaje się fakt, iż trzej bracia babki mojej byłej żony Niemki byli SS-manami, którzy podczas wojny zostali zabici w Polsce, i stąd wzięła się w jej rodzinie ogromna niechęć i wrogość, a wręcz nienawiść do wszystkiego co polskie, a także do mnie jako Polaka i całej mojej rodziny. Zaznaczam, że nigdy nie udawałem Niemca, jak to czasami można zaobserwować wśród niektórych zakompleksionych Polaków, którzy wyjechali do Niemiec. Bardzo nas te uprzedzenia obciążały, aż wreszcie doprowadziły do ekstremalnego zmanipulowania myślenia mojej żony i rozpadu naszej rodziny.
Jugendamt i jego aktywiści, jak pani B. (Jugendamt Hamburg-Bergedorf), Martin S. (Jugendamt Hamburg-Bergedorf) lub Bruno M. (Jugendamt Hamburg-Niendorf) i inni, nakazywali rozmawianie córkom i mi jedynie i tylko w języku niemieckim, bo „pan doskonale mówi po niemiecku”. Jakże prostackie i prymitywne podejście… Chyba tylko Niemcy to umieją – w żywe oczy wciskać absurdy i nonsensy. Nie ma znaczenia, czy ktoś zna nawet i 10 innych języków. Liczy się jedynie ten język, w którym ze sobą dzieci i rodzic rozmawiają. W to nikt nie ma prawa ingerować. To jest tzw. „dobro dziecka” u cywilizowanych ludzi, a nie „niemieckie dobro dziecka” u zakompleksionych i prymitywnych barbarzyńców, jakimi okazali się Niemcy.
Udawali, że nie rozumieją o co chodzi. A może oni są rzeczywiście tacy nieogarnięci, że faktycznie nie rozumieją normalnych zasad klasy i kultury? Tłumaczyłem temu prymitywnemu buractwu, patrząc im prosto w oczy, że gdyby on poślubił np. Francuzkę i przeprowadził się do Francji, czy znaczyłoby to, że już jego niemiecki język „przestał istnieć”? Uciekali wzrokiem i np. Martin S. odpowiedział, że „to nie dotyczy mnie, a pana”. I weź tu rozmawiaj na tak niskim i uwłaczającym poziomie braku inteligencji… Tam w tych Jugendamtach naprawdę przesiadują w dużej części zwykłe nieogarnięte Naziole – prymitywne Naziole. I to szokuje ludzi na normalnym poziomie i wiedzy, i wykształcenia, i zasad dobrego wychowania wyniesionych z domu.
Co szokujące, gdy poprosiłem Konsulat RP w Hamburgu o pomoc, to jakieś tam „konsulki”, chyba Barbara K. i niejaka K., też miały nie do końca poukładane w główkach i radziły mi, bym zgodził się z moimi córeczkami rozmawiać tylko po niemiecku! Wyobraża sobie Pan coś takiego w ogóle? Ci, którym Polacy w kraju płacą, by nam tu na emigracji pomagali, mówią coś takiego? Tak mierne i nieudolne kadry przesiadują w polskich placówkach zagranicznych. Pytam się po co? Te placówki, pełne miernot, to są do dziś tzw. „skanseny PRL-u”, tak się je tu na emigracji często nazywa.
Moment zwrotny w Pana sprawie to ten słynny zakaz sądowy: „Spotkania z córkami tylko po niemiecku”. Jak to w ogóle możliwe w cywilizowanym kraju Unii Europejskiej, żeby zabronić ojcu mówić w ojczystym języku?
Mnie oraz bardzo wielu ludzi, do których dotarły informacje o zakazie używania w Niemczech w kontaktach z własnymi dziećmi ojczystego języka, fakt ten bardzo szokuje, lecz niestety taka jest rzeczywistość. Niemcy mają bardzo nadmiernie rozwinięte poczucie własnej wyższości nad innymi narodami, co zresztą pokazali dobitnie podczas II wojny światowej i do dziś to poczucie się u nich nie zmieniło. Oni gardzą prawami innych ludzi, a także mają za nic traktaty, czyli akty prawne, których powinni przestrzegać. Mam tu na myśli szczególnie artykuł 20 traktatu polsko-niemieckiego z 1991 roku, który gwarantuje „obywatelom niemieckim, przyznającym się do polskiego języka, kultury (…) prawo i dostęp do własnej tożsamości, kultury i języka”. Jednak dla niemieckich urzędników – w moim przypadku niejakiego Bruna M., pracownika Jugendamtu, z którym rozmawiałem – traktat polsko-niemiecki to, tu cytat, „brudne gówno” („Scheissdreck” po niemiecku). Dokładnie takich słów użył niemiecki urzędnik w rozmowie ze mną, gdy zakazał mi porozumiewania się podczas zbliżającego się spotkania z moimi córkami w naszym ojczystym polskim języku, a był to język, w którym w domu na co dzień dużo ze sobą rozmawialiśmy, przy którym się bawieliśmy itp.
W styczniu 2004 r. otrzymałem na piśmie zakaz używania języka polskiego w kontaktach z dziećmi, który brzmiał tak: „z fachowo pedagogicznego punktu widzenia nie leży w interesie dzieci, aby podczas spotkań ze swoim ojcem posługiwały się językiem polskim. Jedynie promowanie języka niemieckiego jest dla dzieci korzystne, bo w tym kraju wzrastają, tu chodzą i będą chodzić do szkół”. Jeszcze nie było żadnego wyroku sądu, a Jugendamt (pani B.) już z góry określił przyszłość moich dzieci, tj. że będą wyłącznie Niemkami i że będą uczęszczać wyłącznie do niemieckich szkół… Nie do pomyślenia? A jednak… Gdy nie zgodziłem się na takie bezprawie Jugendamtu, zobaczyłem córki dopiero po dwóch latach, gdy ani słowa nie umiały już po polsku. A gdy podczas naszych dwóch dni spotkań w tamtym okresie dzieci przypomniały sobie na nowo naszą relację i wręcz eksplodowały radością i miłością do mnie, której nawet tak długi czas nie był w stanie zabić, to Jugendamt w zmowie z moją byłą żoną wywiózł w tajemnicy przed wszystkimi (nawet sąd o tym nie wiedział) moje dzieci do Wiednia w Austrii, aby tylko nie doszło do kolejnych, bardzo wyczekiwanych przez dzieci spotkań, które miały odbyć się (już bez nadzoru) postanowieniem niemieckiego sądu na weekend oraz na dwa tygodnie wakacji. I nikt nie poniósł z tego tytułu żadnych prawnych konsekwencji za nieprzestrzeganie wyroku sądu…
A że moja żona „nagle” przeprowadziła się do Austrii, bo tam ją znalazła policja, więc znowu i na nowo zaczęła się „walka z wiatrakami” o widzenia z dziećmi, ale już w innym systemie prawnym. Ponieważ to już inne państwo i inny system prawny, tylko… ten sam stworzony przez Hitlera Jugendamt i w Niemczech, i w Austrii z tymi samymi nieograniczonymi prawami się nie zmienił… Nawet dziadkom, czyli moim rodzicom, odmawiali spotkań z wnuczkami, gdy napisali do sądu wniosek o widzenie z dziećmi argumentując to m.in. tym, że nie leży w interesie dzieci, aby do takiego spotkania z dziadkami doszło, ponieważ dzieci nie znają już języka polskiego, a poza tym odświeżanie wspomnień mogłoby mieć niekorzystny wpływ na sferę emocjonalną dzieci, naruszyć ich spokój i zakłócić ich adaptację do nowych warunków życia…
Jeszcze jedna sprawa: gdy dwa nadzorowane przez osobę, którą do tego skierował sędzia, kilkugodzinne spotkania w maju 2005 roku okazały się bardzo dobre, dzieci szczęśliwe itd., sędzia dr E. zarządził spotkania już bez obserwatora/nadzoru na weekend w czerwcu i na 2 tygodnie w lipcu, sierpniu 2005 r. Niestety te spotkania storpedował aktywista Jugendamtu Bruno M., który Traktat Polsko-niemiecki nazwał „Brudnym gównem”. Wiem to, gdyż po latach ciężkich procesów, choćby tylko o wgląd do akt Jugendamtu dot. moich córek i mnie, uzyskałem te akta, a w nich pisma, w których ten typ szkalował mnie do wszelkich możliwych instytucji w Austrii i nastawiał ich negatywnie do mnie oraz podburzał do nierespektowania wyroku sądu. Np. pisał, że w razie przejazdu dzieci z Austrii do mnie przechwyci je, by nie dopuścić do ich spotkania z ich tatusiem. Te akta są szokujące, a ja (i także niemiecki sąd) nawet nie wiedziałem co aktywista Jugendamtu Bruno M. wyprawiał, by nie respektować wyroku sądu, który nakazywał córkom i mnie 2-dniowy i 2-tygodniowy pobyt razem. Wszystko storpedował ten prymitywny i nienawidzący Polaków typ. Tak wygląda niemieckie przestrzeganie prawa i niemiecki, wykrzywiony sposób myślenia. Jugendamtowcy są ponad prawem i robią dosłownie co chcą.
Niemcy na sztandarach mają „Willkommenskultur”. Widzimy tysiące migrantów z Afryki czy Bliskiego Wschodu, dla których organizuje się sztaby tłumaczy i dba o ich tożsamość kulturową. Czy Pan jako Polak czuje ten podwójny standard? Dlaczego migrant z południa dostaje „parasol ochronny”, a Polak zakaz językowy?
Oczywiście, że dostrzegam te podwójne standardy w traktowaniu przybyszów z innych krajów do Niemiec i myślę, że ma to związek z tym, iż Polaków, jak i inne narody Europy (Greków, Hiszpanów, Francuzów czy Bułgarów, gdyż ludzie również i tych narodowości zgłaszali się do mnie z prośbą o pomoc), dyskryminuje się ze względu na narodowość, aspekt historyczny oraz religijny. Dlatego też w lutym 2007 roku założyłem stowarzyszenie (dyskryminacja.vot.pl), którego celem była i jest walka z dyskryminacją i krzywdą, jaką wyrządza się dzieciom i rodzinom pod szczytnym hasłem tzw. „dobra dziecka”, a w rzeczywistości „NIEMIECKIEGO” i opacznie pojmowanego „dobra dziecka”, walka z bezprawiem, jak również walka o godność i honor człowieka.
Uważam, że niebagatelne znaczenie w stosowaniu przez niemiecki spatologizowany Jugendamt, jak i niemiecki wymiar – jak ja go nazywam – „niesprawiedliwości” ma fakt, iż Niemcy chętnie zabierają i albo germanizują, albo patologizują dzieci z krajów chrześcijańskich, natomiast boją się odebrać je rodzinom muzułmańskim, ponieważ wiedzą, że wówczas konsekwencje dla nich oraz zemsta tych rodzin mogłyby być dla nich groźne lub nawet tragiczne w skutkach… Po prostu boją się, że po wyjściu z pracy mogliby zostać zaatakowani przez mężczyzn z muzułmańskiej rodziny, której odebrali dziecko, a to mogłoby dla takiego pracownika Jugendamtu czy sądu być tragiczne w skutkach, gdyż mogliby zostać przez nich w ramach zemsty nawet zamordowani. Dlatego muzułmańskie rodziny raczej zostawiają w spokoju, a upatrują świeży narybek na nowe pokolenia Niemców w rodzinach obcokrajowców o korzeniach europejskich i chrześcijańskich, pomawiając tych ludzi bezpodstawnie lub fabrykując rzekome dowody winy przeciwko nim (oskarżenia o alkoholizm, narkomanię). A gdy badania laboratoryjne obalą te fałszywe oskarżenia i tezy Jugendamtu w stosunku do rodzica lub rodziców, to wówczas wysyła się takich rodziców do swoich „fachowców”, czyli psychologów i psychiatrów, i oskarża się ich o chorobę psychiczną, która stanowi rzekomo zagrożenie dla dobra dziecka, i pod tym pretekstem odbiera się rodzicom dzieci.
Nie bez znaczenia jest tu też fakt, iż to sam Jugendamt doprowadza ludzi do stanu emocjonalnego wyczerpania, przeciągając sprawy widzenia się z dziećmi na długie miesiące lub nawet lata i obciążając w tym czasie rodziców kosztami sądowymi walki o dzieci, które w Niemczech opiewają na grube tysiące euro. A jest to zawsze ogromne psychiczne i finansowe obciążenie, jakim Jugendamt dodatkowo dręczy zrozpaczonych odebraniem dzieci rodziców. Niektórzy tej presji nie wytrzymują i czasem popełniają samobójstwo, do którego doprowadzają ich często celowe, perfidne i bezduszne działania Jugendamtu.
Szokiem jest obserwowany „parasol ochronny” stosowany do nielegalnych imigrantów z muzułmańskich krajów arabskich i afrykańskich. Nasze polsko-niemieckie traktaty są nagminnie łamane, germanizowane nasze dzieci, brak przedszkoli i szkół z językiem polskim itd. To szokuje, jednak w świetle zakamuflowanego nazizmu, który istnieje w wielu niemieckich i austriackich instytucjach, i lewactwa, które rządzi w Niemczech i w Austrii, już nic nie dziwi. Oni bardziej „kochają” wyżej wspomnianych totalnie obcych i wrogich kulturowo ludzi, niż – zdawałoby się bliskich kulturowo – Polaków. Ta głupia i pełna samobójczych dla nich sprzeczności polityka doprowadzi ich do stanu chaosu i wielkiej skali przestępstw oraz gwałtów – co już od dawna narasta.
Czy uważa Pan, że w niemieckich urzędach Polak to wciąż człowiek drugiej kategorii, materiał do „przeróbki”? Jak w praktyce wygląda realizacja zasady Kindeswohl (dobra dziecka) w kontekście polskiej tożsamości?
Myślę, że w dużej części odpowiedziałem już na to pytanie w poprzedniej części, czyli w pytaniu nr 4, ale podkreślę to jeszcze raz. Polacy, jak i ludzie innych narodowości, którzy zgłaszają się z prośbą o pomoc do Stowarzyszenia, które prowadzę, a są wśród nich np. Grecy, Bułgarzy, Chorwaci, stanowią znakomity narybek na nowe pokolenia Niemców, ponieważ są najbardziej zbliżeni kulturowo i religijnie do niemieckiej, czyli europejskiej kultury. Niemcy wymierają – masowe aborcje, niechęć do posiadania dzieci, jałowy i egoistyczny styl życia, promowanie związków jednopłciowych itp., a także są wypierani, a raczej powinienem tu użyć słowa: zastępowani, we własnym kraju przez zupełnie inną i wrogą nam „kulturę” muzułmańską, która – chyba każdy to dostrzega – nie jest w pełni przyjaźnie nastawiona do Europejczyków ze względu na wyznawaną religię i styl życia oraz traktowanie kobiet. Tak naprawdę muzułmanie uważają nas, chrześcijan, za niewiernych, których należy nawrócić na „właściwą” religię, a za taką uznają oni jedynie Islam.
Z tego też względu Niemcy bardzo chętnie odbierają dzieci z rodzin europejskich, najczęściej małżeństw mieszanych Niemca lub Niemki z obywatelem niebędącym Niemcem, ale o korzeniach europejskich, i je germanizują, natomiast boją się odebrać dziecko rodzinie muzułmańskiej – nawet jeżeli istnieją do tego przesłanki, ponieważ obawiają się bardzo realnej zemsty ze strony mężczyzn będących członkami takiej rodziny (braci i kuzynów), bo mogłoby to być dla pracowników sądu czy Jugendamtu, który odebrałby takiej rodzinie dziecko, po prostu tragiczne w skutkach.
Jest jeszcze jeden aspekt: Niemcy wykorzystują naszą kulturę, szybkość integracji i często nieuzasadnioną spolegliwość. Przekraczają wszelkie granice przyzwoitości, bo są przez bezprawie, które nie jest karane w Jugendamtach, przyzwyczajeni do bardzo chamskich i nieprzyzwoitych zachowań. Dobro dziecka w Niemczech i Austrii dla Polaków i ich dzieci istnieje tylko w wymiarze, jaki będzie im narzucał niekompetentny niemiecki prostaczyna zasiadający w Jugendamcie. Jak się postawisz, to… wystąpią solidarnie przeciw takiemu śmiałkowi. Oni mają nieograniczone środki z podatków ludności – ponad 80 milionów ludzi, a taki „śmiałek” musi sobie sam radzić. Nawet na placówki i niemoty tam przesiadujące nie może liczyć… Jeden Konsul Generalny w Hamburgu nawet mnie kilkakrotnie straszył, że może mi się coś stać, gdy nie odpuszczę języka polskiego. Po rozmowie w Kancelarii Prezydenta prof. Lecha Kaczyńskiego, gdzie poinformowałem o powyższym Prezydenta, został ten typ natychmiast usunięty ze stanowiska Konsula Generalnego w Hamburgu. Jak możemy się tu czuć normalnie, skoro nawet nasze niemoty w placówkach nie wiedzą, nie chcą lub nie umieją nam pomóc? Nasze dzieci są i zostały masowo zgermanizowane.
Założył Pan stowarzyszenie, pomaga Pan innym rodzicom. Czy Pana historia to drastyczny wyjątek, czy systemowa reguła działania Jugendamtów wobec polskich rodzin?
Moja historia to niestety nie jest wyjątek i przekonałem się o tym, gdy po porwaniu moich córek, izolowaniu ich od całej polskiej części rodziny i zakazowi używania języka polskiego w sporadycznych spotkaniach z nimi (pierwszy raz zobaczyłem je dopiero po dwóch latach od czasu wywiezienia ich z domu). Sprawa zyskała bardzo duże nagłośnienie medialne, za przyczyną czego ludzie wręcz masowo i spontanicznie zaczęli się do mnie zgłaszać z podobnymi problemami.
Założyłem więc Stowarzyszenie. Zauważyłem wówczas, że cel Jugendamtu był jeden: jak najszybsza germanizacja dzieci i ich adaptacja do nowej, wykreowanej przez Jugendamt niemieckiej rzeczywistości. Może przytoczę dla przykładu jeden szczególnie drastyczny przypadek pewnej matki, która zgłosiła się do mnie z prośbą o pomoc, ponieważ Jugendamt odebrał jej 6-letnią niepełnosprawną córeczkę, ponieważ – tu padł zarzut dla matki – „matka była dla niej nadopiekuńcza”. Jugendamt argumentował odebranie jej chorej córki, którą ta kobieta bardzo kochała i z ogromną miłością, wrażliwością i troską pielęgnowała, tym, że ta kobieta powinna mieć „swoje życie”, powinna „wyjść do klubu na dyskotekę”, spotykać się ze znajomymi i prowadzić według nich „normalne” życie, a nie dzień i noc zajmować się swoim chorym dzieckiem.
Jugendamt, gdy odebrał tej kobiecie dziecko, celowo umieścił je w placówce położonej w innym mieście i to dość daleko od miejsca zamieszkania matki, aby utrudnić tej kobiecie kontakt i odwiedziny u dziecka i aby sztucznie wygenerować jej dodatkowe koszty przejazdu do miasta, w którym przebywała jej córka, i z powrotem. Mimo że bez trudu mogli umieścić dziecko w pobliżu miejsca zamieszkania matki, to z premedytacją tego nie zrobili. Jednocześnie na utrzymanie tej niepełnosprawnej dziewczynki w placówce Jugendamt otrzymywał od Państwa miesięcznie kwotę kilkudziesięciu tysięcy euro, zaś dziecko było brudne, zaniedbane i nie miało zapewnionej odpowiedniej opieki medycznej.
Gdy zapytałem opiekunkę ośrodka, gdzie znajdują się niezbędne dla dziecka leki, to pamiętam, że pani „opiekunka” ponad pół godziny szukała w schowku przypominającym magazyn leku na padaczkę, który powinien znajdować się w pobliżu łóżka dziecka i który powinien być podany tej dziewczynce w razie ataku jak najszybciej… Kolejną szokującą rzeczą w tej sprawie był fakt, że dziewczynka ta ze względu na swój stopień upośledzenia nie potrafiła mówić, natomiast znakomicie porozumiewała się ze swoją mamą, posługując się tablicami z obrazkami i napisami w języku polskim.
Proszę sobie wyobrazić, że Jugendamt zabrał tej dziewczynce te tablice z obrazkami, gdzie znajdowały się napisy w języku polskim, i nakazali matce i dziecku kontaktować się ze sobą wyłącznie po niemiecku, co całkowicie uniemożliwiło dziecku jakiekolwiek porozumienie się z mamą, która mimo wszystkich możliwych trudności, jakie piętrzył przed nią Jugendamt, regularnie przyjeżdżała do swojej ukochanej córeczki, aby ją odwiedzić. (!)
Myślę, że nie ma takich słów nie tylko w polskim języku, ale też i w każdym innym, aby odpowiednio wyrazić i nazwać okrucieństwo praktyk, które wobec tej biednej kobiety i jej chorej córeczki zastosował Jugendamt, aby trwale odizolować dziecko od kochającej je matki i aby przede wszystkim zarobić na niepełnosprawności tego dziecka i jego pobycie w tzw. „placówce opiekuńczej” grube pieniądze. Gdyż w Niemczech dotacje przekazywane na odebrane rodzicom chore dzieci są o wiele większe niż te przekazywane na dzieci zdrowe, a kwoty te opiewają na kilka, a czasem nawet na kilkadziesiąt tysięcy euro miesięcznie.
Opisałem Panu tylko jeden bardzo bulwersujący przypadek, z którym miałem do czynienia, a takich lub podobnych przypadków znam całą masę i zapewniam Pana, że praktycznie każdy przypadek, gdy odbierane jest kochającym rodzicom dziecko, jest niesprawiedliwy, głęboko raniący i bulwersujący. Co ciekawe, zakazy mówienia w języku polskim to praktycznie norma. Problem w tym, że po wieloletnich bataliach sądowych ze mną Jugendamty unikają podania tego zakazu używania j. polskiego na piśmie. Jednak i tak widziałem też kilka innych zakazów w formie pisemnej.
W Pana walce pojawiały się wątki przerzucania dzieci, tropy prowadziły nawet do Austrii. To wyglądało jak ucieczka systemu przed ojcem. Czy udało się Panu ustalić, dlaczego tak to wyglądało i jaki był cel tych działań?
Tak, to prawda. Zanim jednak odpowiem na to pytanie, muszę uświadomić Panu oraz wszystkim czytelnikom niebywałą rzecz, która związana jest z Jugendamtem. Otóż jest to organizacja założona w tej formie przez Adolfa Hitlera w 1939 roku, która miała służyć do prężnej germanizacji dzieci z krajów podbitych przez Niemcy. Hitler i jego sitwa nadali tej organizacji nieograniczone prawa i do tej pory nikt tego prawa nie zmienił ani nie zmodyfikował. Oznacza to w praktyce, że Jugendamty nie muszą respektować w Niemczech wyroków sądu. (!) Jest to niebywałe i wręcz niewiarygodne, lecz prawdziwe.
Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy po dwóch latach walki o to, aby móc zobaczyć moje ukochane córeczki (zaznaczę, że nigdy nie chciałem na stałe odebrać ich matce, chciałem jedynie mieć z nimi kontakt chociaż raz na jakiś czas, móc spotkać się z nimi z okazji świąt Bożego Narodzenia czy Wielkanocy albo urodzin, dać im prezenty i spędzić z nimi po prostu czas) otrzymałem na piśmie po pierwszym spotkaniu z nimi, gdy bardzo miło i radośnie spędziliśmy wspólnie czas, wyrok sądowy, że mogę dostać moje uprowadzone aż do Austrii dzieci do domu na weekend, a później na dwa tygodnie wakacji.
Byłem niezmiernie szczęśliwy z tego powodu i przygotowywałem się na spotkanie z moimi kochanymi córeczkami, które postanowieniem sądu miały po dwóch latach trafić do swojego rodzinnego domu w Hamburgu i spędzić ze mną czas pierwszy raz od ich uprowadzenia z domu przez byłą żonę Niemkę. Wysprzątałem mieszkanie, kupiłem dzieciom piękne prezenty i nie mogłem doczekać się ich przyjazdu do mnie. Jak ogromne było moje rozczarowanie, gdy w wyznaczonym przez sąd czasie dzieci do mnie nie przybyły, zaś po czasie dowiedziałem się od adwokata i po zrobieniu wglądu do akt i przeczytaniu notatek mailowych Jugendamtu, z których jasno wynikało, że dzieci już wcześniej, jeszcze przed wydaniem przez sąd wyroku, zostały wywiezione przez moją byłą żonę za namową Jugendamtu do Austrii i że Jugendamt był gotowy przechwycić moje córki na granicy, aby tylko uniemożliwić im podróż do Niemiec i spędzenie ze mną czasu tak, jak to orzekł w wyroku niemiecki sąd po bardzo pozytywnej opinii i po niedawnym moim spotkaniu z córkami w celu podtrzymania bardzo dobrej, pełnej miłości relacji między mną i dziećmi, co zauważył i wyartykułował w swoim wyroku niemiecki sędzia.
To niespotykane w żadnym innym kraju i wręcz niewiarygodne, że Jugendamt mógł całkowicie zlekceważyć prawomocny wyrok sądu, a zamiast tego wykonać swoją własną opinię lub ocenę i uniemożliwić wykonanie korzystnego dla mnie i dzieci wyroku sądu i uniemożliwić nam spędzenie weekendu, a potem dwóch tygodni wakacji z dziećmi. Trudno w to uwierzyć, ale tak wygląda upiorna, ożywiona smrodem dawnej epoki Trzeciej Rzeszy działalność organizacji Jugendamt, która w Niemczech nazywana jest nie bez powodu „dzieckiem Hitlera”.
Córki wraz z moją byłą małżonką jugendamtowcy przerzucili do Austrii. Nie podali tego faktu nikomu. Ani sądowi, ani mnie. Chodziło o dalszą izolację nas i germanizowanie dzieci. Wszystko wyczytałem w wywalczonych w ciężkich bataliach sądowych aktach Jugendamtu – ich maile między sobą i ich kooperację w celu izolowania dzieci wbrew wyrokowi sądu. Szokujące brunatne i nazistowskie działania i fakty w rzekomo „tolerancyjnych” i „multikulturowych” Niemczech i Austrii. Przykrywka lub make-up na prawdziwą, brunatną i wrogą dla Polaków twarz Niemców i Austriaków.
Pana córki zostały odcięte od języka polskiego. Co to oznacza w praktyce dla relacji ojciec-dziecko? Czy da się w ogóle zbudować głęboką więź emocjonalną w języku, który dla ojca i dzieci jest narzucony przez urząd?
Budowanie emocjonalnej więzi z własnym dzieckiem w oparciu o używanie obcego języka jest utrudnione. To właśnie w ojczystym języku – języku serca – używając zdrobnień lub ulubionych określeń przy ulubionych zabawach, buduje się naturalny emocjonalny związek z dzieckiem i wyraża się najlepiej swoje odczucie i uczucia. Dlatego uważam, że zakazywanie rodzicom porozumiewania się z własnym dzieckiem w ojczystym języku jest nie tylko niczym nieuzasadnionym bezprawiem, ale jest po prostu barbarzyństwem i czynem kryminalnym, tym bardziej jeśli przed odebraniem dzieci w tym właśnie języku rodzice budowali swoją relację i więź z dziećmi.
O tym doskonale wie Jugendamt, który w Niemczech i Austrii ze względu na swoje pochodzenie, prawne ugruntowanie oraz rok założenia często nazywany jest „dzieckiem Hitlera”, bo przecież wyobcowanie, którego za wszelką cenę stara się dokonać Jugendamt po odebraniu rodzicom dzieci, najczęściej dokonuje się poprzez ograniczenie kontaktu i zakaz porozumiewania się rodziców z dziećmi we własnym ojczystym języku. Praktyki te stosował już przecież Hitler z jego bandą, aby jak najszybciej osiągnąć swój cel i aby jak najszybciej zgermanizować dzieci w okupowanym przez Niemcy kraju. Znamy to choćby z obozu dla porywanych polskim rodzicom i germanizowanych dzieci w czasie okupacji niemieckiej w Łodzi na ul. Przemysłowej. Było ich ok. 250 tysięcy. Tylko niewiele udało się po wojnie odzyskać i oddać ich prawdziwym polskim rodzicom.
Znałem osobiście takie dziecko. To Alojzy Twardecki, który napisał książkę „Szkoła Janczarów”, którą polecam wszystkim. To wielki i odrębny temat na inną rozmowę, jaką mieliśmy nietypową i jedyną w swoim rodzaju ze sobą relację. On urodzony w 1938 roku, ja w 1970.
Szokujące jest to, że tyle lat po wojnie praktyki te są nadal stosowane w Niemczech i Austrii pod sloganem tzw. „dobra dziecka”, a tak naprawdę pod tym określeniem kryje się jeden zamiar: bez względu na wszystko doprowadzenie do sytuacji, aby dziecko jak najszybciej odnalazło się w nowej, przygotowanej dla niego rzeczywistości – najlepiej z dala od rodziców, którzy rzekomo źle wpływają na swoje dziecko, i aby jedynym językiem, w którym dziecko się będzie porozumiewało, był język niemiecki. Jest to oczywiście nic innego jak przymusowa germanizacja dzieci, tylko przeprowadzana „w białych rękawiczkach” w XXI wieku na oczach całego świata. Niemcy wymierają i są wypierani z własnego kraju przez obcą kulturę – przede wszystkim muzułmańską – dlatego pilnie potrzebują narybku na nowe pokolenia Niemców. Stąd właśnie biorą się przede wszystkim takie ich bezduszne działania i praktyki.
Od tamtych wydarzeń minęło sporo czasu. Pana córki są już dorosłymi kobietami, Jugendamt formalnie stracił nad nimi władzę. Czy to otworzyło drzwi do odbudowy relacji? Czy córki wróciły do ojca, czy jednak lata izolacji zrobiły swoje?
Moje córki zostały uprowadzone z naszego rodzinnego domu w Hamburgu przez moją byłą żonę Niemkę, która za namową swojej niemieckiej rodziny, a szczególnie matki i babki, które szczerze nienawidziły wszystkiego co polskie (wspomniałem już o tym wcześniej, dlaczego tak było), współpracowała od początku z Jugendamtem, aby skutecznie odizolować je ode mnie, ich polskiego ojca i całej mojej polskiej części rodziny. Dosłownie od wszystkich, bo Jugendamt również polskim dziadkom, czyli moim rodzicom, jak i wujkom, ciotkom i kuzynkom, dosłownie wszystkim zakazał kontaktów z moimi dziećmi, powołując się na bliżej nieokreślone ich „dobro”, które było dla wszystkich niepojęte i niezrozumiałe, również i dla moich dzieci. Bo gdy starsza córka zadzwoniła do mnie 6 miesięcy od porwania pod kontrolą oczywiście swojej niemieckiej matki, która po tych kilku miesiącach musiała ulec tęsknocie i płaczowi udręczonego tak nagłym i drastycznym odebraniem dziecku ojca, czyli mnie, powtarzała mi do telefonu nieustannie z płaczem słowa „mój kochany tatuś, tatuś, tatuś…”
To było straszne i łamiące serce, jednak z perspektywy czasu dziękuję Bogu za jedno „szczęście w nieszczęściu”. Otóż za fakt, iż moja starsza córka, gdy mi ją porwano z domu, miała już 6,5 roku, a jest to wiek, w którym dziecko ma już wspomnienia i pamięta, jakie miało relacje z rodzicem, od którego je odizolowano. I ten fakt, że moja starsza córka pamiętała naszą miłość, nasze relacje i zabawy, doprowadził do tego, że po 22 latach sama się do mnie odezwała i odnowiła ze mną kontakt, za co dziękuję Bogu.
W tamtym roku (2025) przyjechała do Polski ze swoim narzeczonym, gdyż chciała się po latach spotkać i uściskać ze mną i ze swoją babcią (dziadek – mój ojciec, niestety nie doczekał tej chwili). Bardzo się cieszę, że tak się właśnie stało. Spędziliśmy ze sobą kilka wspaniałych dni, byliśmy nad morzem, nad rzeką robiliśmy ognisko z kiełbaskami, graliśmy w piłkę, bawiliśmy się razem z rodziną, która się zjechała, i staraliśmy się ze wszystkich sił nadrobić ten przez tępych idiotów utracony czas.
Z kolei moja młodsza córka w chwili uprowadzenia jej z domu miała tylko 3 latka i niestety nie pamiętała nic z czasu, gdy mieszkaliśmy razem, ani naszych zabaw, ani uczuć, którymi ona mnie i ja ją darzyłem, ani relacji. Niestety uległa całkowitej indoktrynacji mojej byłej żony, czyli swojej matki, oraz jej matki i babki, i nie chce mieć do dzisiaj nic wspólnego z polską rodziną. Mimo że starsza córka opowiadała jej, że pamięta, że „tata był dla nas dobry i nas bardzo kochał, i się z nami zawsze dużo bawił, i śpiewał z nami piosenki.”
Myślę, że ogromne znaczenie ma tu wiek, w którym są odbierane rodzicom i od nich izolowane latami dzieci. Im starsze dziecko, tym trudniej je wyobcować od rodzica i zgermanizować, ponieważ ono ma już własną pamięć i wspomnienia. A im młodsze – tym łatwiej mu wszystko wmówić i przerobić tożsamość, nastawiając wrogo do drugiego rodzica i niechcianego otoczenia. To jest straszne, ale taka właśnie jest prawda. Od niedawna moje córki mają już własne dzieci: chłopczyka i dziewczynkę.
Patrząc na to dzisiaj na chłodno – czy Niemcy wygrali tę bitwę o dusze Pana córek? Czy systemowi udało się je całkowicie zgermanizować i wymazać polskie korzenie?
* Pan Wojciech Pomorski nie był w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Zbyt silne emocje i wciąż żywe, niezwykle bolesne wspomnienia nie pozwoliły mu na dokończenie tej myśli. Prosimy czytelników o empatię i wyrozumiałość dla ogromu bólu, z jakim mierzy się kochający ojciec.
Na koniec – co powiedziałby Pan polskiemu rodzicowi, który właśnie pakuje walizki i planuje wyjazd z małymi dziećmi do Hamburga czy Berlina?
Pyta Pan, co bym poradził osobom, które pakują manatki i właśnie wyjeżdżają na stałe do Niemiec. Poradziłbym im, aby się nad tym krokiem dobrze zastanowili. A z doświadczenia ludzi, którzy masowo zgłaszali się i wciąż się zgłaszają z prośbą o pomoc do Stowarzyszenia, które prowadzę, stanowczo odradzałbym korzystanie z jakiejkolwiek formy rzekomej pomocy oferowanej przez Jugendamt z tego względu, iż z setek doświadczeń tych ludzi wiem, że prędzej czy później ta „pomoc” oferowana im przez Jugendamt jest wykorzystywana przeciwko rodzicom i służy często do preparowania pomówień czy fałszywych oskarżeń przeciwko rodzicom, którym odbiera się dzieci. Z czego potem bardzo trudno jest się wyplątać i oczyścić.
I tak powstaje wieloletnia „Never Ending Story”, z której jest wręcz niemożliwe wyjść. W ramach rzekomej tzw. współpracy z Jugendamtem, organizacja ta wysyła rodziców – oficjalnie oczywiście dla ich dobra – na badania do swoich sowicie opłacanych „fachowców”, a ci zlecają różne badania, w tym najczęściej testy psychologiczne, w których ze względu na ogromne pieniądze, jakie idą w ślad za odebranym rodzinom dzieckiem, piszą prawie zawsze negatywne opinie o rodzicach i wręcz zlecają, pieczętując na papierze, odebranie dziecka rodzicom.
Temat ten został bardzo dobrze przedstawiony w dokumentalnym filmie bardzo dobrego dziennikarza i reżysera Ernesta Saja. pt. „Ucieczka z piekła”, który gorąco wszystkim polecam do obejrzenia. A pana Ernesta Saja. przy tej okazji serdecznie pozdrawiam, dziękując mu za wysiłek i trud, jaki włożył w ten 57-minutowy film dokumentalny, aby był przestrogą dla wszystkich, którzy planują wyjazd do Niemiec i chcą na stałe skierować kroki swojego życia na niemieckie tory.
Dziękuję za szczerą rozmowę. Życzę Panu dużo sił, wytrwałości oraz jak najwięcej odzyskanego czasu z córką i wnukami.
Tomasz Popowski
NaszWłocławek.pl
Nota od redakcji: Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za osobiste, subiektywne i niezwykle emocjonalne wypowiedzi pana Wojciecha Pomorskiego. Zawarte w wywiadzie opinie oraz oceny są wyłącznie jego prywatnym stanowiskiem.