|
Imieniny: Agaty, Filipa, Justyniana |
| |
| |
Radio GRA | Radio PIK | E-Mail | SMS | INFO | Program TV | Twój BIORYTM |
Jest to jedna z trzech prac którym przyznano 3 równorzędne pierwsze nagrody
w konkursie pn. „Moja rowerowa przygoda z Prezydentem”
ogloszonym przez Włocławską Informacje Turystyczną w roku 2009.
Włocławskie rajdy rowerowe, nie bez słuszności, prezydenckimi zwane, są znane nie tylko w naszym mieście. Uczestniczą w nich również mieszkańcy innych miejscowości. Spotykałem rodziny z Torunia, Kutna czy Płocka, które przyjeżdżają do Włocławka, żeby brać udział w naszej imprezie.
Uczestnictwem w rajdach „zaraził” mnie Grzegorz Stolcman, nauczyciel w Gimnazjum Nr 4 im. ONZ, propagator turystyki pieszej i rowerowej wśród swoich uczniów i …znajomych. Mój pierwszy rajd był do Bobrownik. Miałem obawy czy dam radę pokonać kilkadziesiąt kilometrów. Grzegorz wyśmiał mnie, że opowiadam głupoty, przecież w rajdach uczestniczą kilkuletnie dzieci i ludzie w podeszłym wieku. Pamiętam ten dzień. Stawiłem się na zbiórkę, która miała miejsce na Zielonym Rynku, przed gmachem Urzędu Miasta. Z pewną nieśmiałością zacząłem się rozglądać. W oczy rzucała się liczna grupa z Manometrów w firmowych koszulkach. Widoczne też było zróżnicowanie sprzętowe uczestników. Obok wypasionych rowerów w cenie taniego samochodu, były też skromniutkie damki, czy rowery typu „koza”. Bez przerzutek, bez bajerów, ale jak się potem okazywało nie raz - na trasie niezawodne.
Zbliżyła się godzina startu. Przemówienia, dzisiaj już nie pamiętam czyje, życzenia szerokiej drogi i peleton prowadzony przez „komandora” Jerzego Chudzyńskiego (ze względu na charakterystyczną brodę zwanego przez uczestników Biladenem) rusza. Przez Zduńską, Plac Wolności, Brzeską i dalej w lewo ulicą Grodzką do granic miasta, gdzie był pierwszy postój. Podczas zjazdu z mostu jeden z uczestników zajechał drogę drugiemu. Ostre hamowanie i kraksa. Na szczęście skończyło się na otarciach i uczestnicy stłuczki jadą dalej. W mojej wyobraźni zapala się czerwona lampka:
-Cholera, to nie weekendowa przejażdżka, a szkoła przetrwania. Uważaj żebyś nie wrócił do domu poobijany. Żona będzie miała ubaw, przecież przed wyjazdem pół żartem, pół serio pytała, czy mam apteczkę.
Z perspektywy wielu rajdów muszę stwierdzić, że to jedyna taka sytuacja, ale wtedy tego nie wiedziałem. Swoją drogą to nawet dobrze. Od tamtego czasu wiem, że jadąc w grupie trzeba myśleć nie tylko za siebie, ale przewidywać również reakcje innych. Tych, którzy jadą przed tobą i obok. I tak chyba powinno być. Ostatecznie tworzy się wspólnota, ludzie sobie pomagają, zawiązują się przyjaźnie, czasami może nawet coś więcej. Znajomości przenoszą się na inne sfery życia.
Ale wróćmy do rajdu do Bobrownik. Po drodze podczas postoju we wsi Bógpomóż (fantastyczna nazwa i w polskiej historii zawsze na czasie) zwiedziłem zaniedbany cmentarz ewangelicki. To było przyczynkiem do mojego późniejszego zainteresowania się osadnictwem ludności tego wyznania w dolinie Wisły. Z przykrością muszę stwierdzić, że są to fakty całkowicie nieznane obecnemu pokoleniu, które jest przekonane, że na Kujawach i Ziemi dobrzyńskiej zawsze i wyłącznie mieszkali tylko katolicy. Ale to już inna historia i temat na oddzielny artykuł.
Dojeżdżamy do Bobrownik. Wita nasz orkiestra, mieszkańcy, miejscowe władze. Rozpoczyna się festyn i zabawa. Nie wiem czy wyglądaliśmy z kolegą Grzesiem Stolcmanem na zagłodzonych (nasza waga to 94 i 99 kg), a może wprost przeciwnie, ale zostaliśmy obdarowani przez rodzinę, która musiała wracać do Włocławka, dodatkowymi kartkami na grochówkę. Skorzystaliśmy. Festyn trwał. Ludzie się bawili, zwiedzali ruiny zamku. Panowała atmosfera pikniku. Bardzo mi się podobało zachowanie włocławskich notabli, którzy ramię w ramię z szeregowymi uczestnikami kręcili (wybaczcie) pedałami, a potem karnie stali w kolejce po grochówkę.
Wróciliśmy z Bobrownik. Potem były następne rajdy. Wspaniałe przeżycia. Nawiązywanie nowych znajomości i powoli dojrzewał pewien pomysł. Pomysł dla mnie oczywisty, ale czy również oczywisty dla innych? Moje obawy wkrótce zostały zweryfikowane.
Zmieńmy jednak na moment czas i miejsce i znajdźmy się w …Zakładzie Karnym we Włocławku. W 2007 roku udało mi się zakupić kilka rowerów i rozpocząć organizację rowerowych wycieczek z udziałem skazanych. Zaczęliśmy jeździć i zwiedzać najbliższe okolice. Oczywiście we własnym gronie. Kilku, potem kilkunastu, skazanych i niżej podpisany (czasami również inni) wychowawca, pełniący rolę opiekuna, przewodnika i siłą rzeczy strażnika. Pomyślałem, jak fantastyczne byłoby gdyby nasza więzienna grupa mogła uczestniczyć w rajdach prezydenckich. Swoim pomysłem podzieliłem się z Agnieszką Sobańską, szefową Włocławskiej Informacji Turystycznej i Jerzym Chudzyńskim. Spodziewałem się zastrzeżeń, dyskusji, delikatnej odmowy. Usłyszałem dwukrotne TAK, dodatkowo okraszone sporą dawką entuzjazmu. Cóż mi pozostało? Zacząłem przygotowania. Wiedziony intuicją i wieloletnim doświadczeniem, zrezygnowałem z ogniw pośrednich i poszedłem z pomysłem wprost do „szefa szefów”, czyli dyrektora Zakładu Karnego we Włocławku. Wysłuchał mnie, zadumał się w charakterystyczny dla wszystkich przełożonych sposób i po wyrażeniu licznych obaw …zgodził się. Kiedy w mniej lub bardziej regulaminowy sposób chciałem się odmeldować, usłyszałem pytanie:
- A ilu skazanych Rysiek chciałbyś zabrać?
Byłem przygotowany na to pytanie. Planowałem na pierwszy raz, żeby to było maksimum 7 skazanych. Z drugiej strony jak powiem, że chce siedmiu to dyrektor mi zmniejszy. Powiedziałem więc, że chce zabrać czternastu.
-Połowa wystarczy, weź siedmiu na pierwszy raz.
Yes, yes, yes – pomyślałem w duchu, naśladując premiera Kazimierza Marcinkiewicza. A może to on mnie naśladował. Nie pamiętam kto był pierwszy?
I tak się zaczęło. W dniu 2 czerwca 2007 roku w rowerowym rajdzie do Gorenia obok kilkuset cywilnych uczestników jechało 7 skazanych. Potem były następne. Do Szczytna, Lubania, Czarnego, Lubrańca, Nieszawy. W sześciu rajdach uczestniczyło razem 58 skazanych.
Byłoby zarozumialstwem twierdzenie, że wszyscy uczestnicy rajdu wiedzą, że jedzie z nimi grupa z więzienia. Ostatecznie jest to kilkaset ludzi. Jednak stali uczestnicy zdają sobie sprawę z tego doskonale. Po trosze dzieje się to za przyczyną mojej gęby, która jest rozpoznawalna. Siłą rzeczy rozpoznawalni są i osobnicy, na jednakowych rowerach, którzy mi towarzyszą. Podczas jazdy skazani starają się być pomocni. Nie raz pomagali starszym osobom podczas drobnych awarii, typu spadnięcie łańcucha, czy kiedy zaszła konieczność dopompowania powietrza. Uczulałem ich na to. Ponieważ są młodzi i silni mają w trudnych warunkach pomagać innym. I tak się dzieje. W pamięci jednak zachowują się głównie sytuacje humorystyczne. Pamiętam podczas rajdu do Gorenia upadek na piaszczystej drodze zaliczyła pewna starsza, nobliwa pani. Szybko pospieszyło jej z pomocą dwóch wytatuowanych osiłków z mojej ekipy. Podczas postoju pani zwróciła się do mnie.
-Ci dwaj młodzi, mili panowie, którzy mi pomogli to z pewnością przebywają w więzieniu za małe przestępstwa? Prawda?
W jej głosie było tyle nadziei, że niewiele myśląc odpowiedziałem:
-Tak, nie płacili abonamentu RTV.
Pod koniec rajdu urocza starsza pani jeszcze raz zagaiła rozmowę. Tym razem chciała uściślić fakt wsadzania za kraty z powodu nie płacenia abonamentu, bo jak wyznała z zakłopotaniem, ona też od dłuższego czasu nie płaci.
Z kolei innym razem zwrócił się do mnie, dawno nie widziany kolega z lat szkolnych:
-Śmigasz sam, czy z rodziną?
Moje tłumaczenie, że jadę ze skazanymi przyjął jako żart. Kiedy fakt ten potwierdził, wspominany wcześniej kolega Stolcman, koniecznie chciał się dowiedzieć, którzy to są skazani.
-Jest ich tu dziesięciu, rozejrzyj się i wskaż na swoje wyczucie, którzy to?
Po dłuższym przyglądaniu się wytypował dziesiątkę. Było w niej …dwóch skazanych i ośmiu obywateli spoza zakładu karnego, w tym …jeden z kandydatów na prezydenta Włocławka i znany włocławski działacz partyjny. To też daje do myślenia.
Nasza więzienna ekipa została zaakceptowana, a przez niektórych nawet polubiona. Oczywiście z wzajemnością. Jurek Chudzyński, należy do grupy naszych szczególnych przyjaciół. Entuzjastycznie jest zawsze witana pani Aurelia z portalu www.q4.pl, Agnieszka Sobańska z Włocławskiej Informacji Turystycznej i wielu, wielu innych, nie znanych z nazwiska ale z oblicza, stałych uczestników rajdu. Kiedy nie uczestniczymy w jakimś wyjeździe zdarza mi się otrzymywać od różnych ludzi pytanie, dlaczego nas nie było. To bardzo miłe i utwierdza mnie w przekonaniu, że warto było zrealizować ten pomysł.
Uważny czytelnik z pewnością zauważył, że nie padły do tej pory w tekście nazwiska prezydentów i ich zastępców. Byłych i obecnych. Władysława Skrzypka i Doroty Dzięgielewskiej. Andrzeja Pałuckiego i Arkadiusza Horonziaka. Nie znam kulis prac przygotowawczych do rajdu i wkładu poszczególnych osób w jego organizacje, ale wiem, że udział „głów miasta” jest znaczący. Nie bez znaczenia jest też ich osobisty udział w samym rajdzie. Zauważam to i cenię, ale traktuję jako włocławską „oczywistą oczywistość” dlatego na tym pozostanę.
W 2009 roku odbyły się dwa rajdy. Do Lubrańca i do Nieszawy. W obydwu uczestniczyli skazani. Z niecierpliwością czekam na ten do Kłóbki, który będzie miał miejsce 19 września. Kłóbka i okolice to moje strony rodzinne. W kłóbskim kościele pod wezwaniem Świętego Prokopa przyjmowałem sakramenty chrztu, pierwszej komunii i bierzmowania. Tu co niedziela podążałem z rodzicami i rodzeństwem na mszę świętą, a 4 lipca bawiłem się na odpuście. Tu w Lutoborzu stoi mój dom rodzinny. Ta ziemia jest mi bliska, jak może być tylko bliska ziemia dzieciństwa i lat młodości.
Mam przeczucie, że choć rajd do Kłóbki pewnie nie będzie moim ostatnim, to jednak zamknie pewien etap. A może jednocześnie otworzy nowy? Czas pokaże.
Ryszard Seroczyński
© www.naszwloclawek.pl